Na przełomie roku mapa położnictwa w Polsce skurczyła się w tempie, które jeszcze niedawno wydawało się nieprawdopodobne. W cztery tygodnie obecnego roku liczba działających oddziałów położniczych spadła z 284 do 266. To efekt decyzji 18 szpitali, które zrezygnowały z prowadzenia porodówek. Dane pokazują kierunek, w którym system idzie od kilku lat, ale teraz proces wyraźnie przyspieszył.
Tłem jest demografia. Prognozy na 2026 rok mówią o liczbie urodzeń, która może nie przekroczyć 210 tysięcy. Jeszcze dwa lata temu było ich ponad ćwierć miliona. Przy tak gwałtownym spadku liczby porodów utrzymywanie oddziałów w pełnej gotowości przez całą dobę staje się dla wielu placówek finansowo i organizacyjnie nie do udźwignięcia. Sale porodowe, w których rocznie odbywa się 200–300 porodów, generują koszty niewspółmierne do liczby pacjentek.
Od początku lutego wchodzą w życie przepisy pozwalające tworzyć tzw. pokoje narodzin. To wydzielone izby porodowe z całodobowym dyżurem położnej, przeznaczone wyłącznie do sytuacji nagłych – gdy poród rozpocznie się zbyt szybko, by bezpiecznie dotrzeć do najbliższej porodówki. W praktyce mają pełnić funkcję pomostu bezpieczeństwa i ewentualnie towarzyszyć rodzącej w transporcie do szpitala.
Takie rozwiązanie będą mogły zakontraktować placówki, które nie prowadzą oddziału położniczego, ale posiadają SOR lub izbę przyjęć i znajdują się w odległości większej niż 25 km od najbliższego szpitala z porodówką. Kluczowe będzie jednak kontraktowanie świadczeń przez Narodowy Fundusz Zdrowia oraz uzyskanie opinii konsultantów wojewódzkich.
W praktyce nie jest to obowiązek dla szpitali, lecz możliwość. I to możliwość obwarowana dodatkowymi warunkami kadrowymi oraz organizacyjnymi.
Dlaczego porodówki znikają?
Decyzje o zamykaniu oddziałów zapadają najczęściej na poziomie zarządzających szpitalami lub samorządów, które są ich organami prowadzącymi. Przy malejącej liczbie porodów i rosnących kosztach pracy personelu medycznego oddziały położnicze stają się jednymi z najbardziej deficytowych części szpitali powiatowych.
Równolegle widać inne zjawisko: koncentrację porodów w większych, wyspecjalizowanych ośrodkach. Kobiety coraz częściej wybierają szpitale oddalone nawet o kilkadziesiąt czy ponad sto kilometrów od miejsca zamieszkania, jeśli mają pewność wysokiego standardu opieki i zaplecza medycznego. W efekcie placówki o najwyższym poziomie referencyjności nie narzekają na brak pacjentek, a te mniejsze stopniowo wygaszają działalność.
Z doświadczeń regionów, które testowały podobne rozwiązania, wynika, że takie izby są wykorzystywane sporadycznie i głównie w pierwszych tygodniach po zamknięciu oddziału. Z czasem pacjentki przyzwyczajają się do nowych realiów i planują poród w innym szpitalu.
Kluczową rolę odgrywa tu edukacja i tzw. plan porodu, ustalany wcześniej z lekarzem lub położną. Poród to proces trwający wiele godzin, co w większości przypadków daje czas na bezpieczny dojazd do wybranej placówki. Pokoje narodzin mają więc być rozwiązaniem wyłącznie na sytuacje naprawdę wyjątkowe, a nie alternatywą dla likwidowanych oddziałów.
Zmniejszanie liczby porodówek nie jest już incydentalnym zjawiskiem, lecz elementem szerszej reorganizacji systemu opieki okołoporodowej. Przy obecnych trendach demograficznych trudno oczekiwać odwrócenia tego kierunku. Bardziej prawdopodobne jest dalsze skupianie porodów w większych ośrodkach i stopniowe wygaszanie najmniejszych oddziałów.






