Gdy temperatura spada grubo poniżej zera, większość z nas dokręca kaloryfer, zakłada cieplejszą kurtkę i szybciej wraca do domu. Dla osób w kryzysie bezdomności taki czas oznacza coś zupełnie innego – realne zagrożenie życia.
Silne mrozy są jednym z najtrudniejszych okresów w roku dla ludzi, którzy nocują w altanach, pustostanach, na klatkach schodowych, w kanałach ciepłowniczych czy na przystankach. W takich warunkach wystarczy kilka godzin, by doszło do wychłodzenia organizmu, odmrożeń, a w skrajnych przypadkach do śmierci.
Wiele osób w kryzysie bezdomności nie trafia do noclegowni nie dlatego, że nie chce pomocy, ale dlatego, że zmaga się z uzależnieniami, problemami psychicznymi lub po prostu nie ufa instytucjom. Część z nich wybiera miejsca, które wydają się im „bezpieczniejsze” niż schronisko, choć w rzeczywistości są pułapką podczas mrozu.
Właśnie dlatego tak ważna jest uważność zwykłych przechodniów. Jeśli widzimy osobę śpiącą na ławce, siedzącą bez ruchu na przystanku czy leżącą w bramie – nie przechodźmy obojętnie. Jeden telefon może uratować życie. Wystarczy powiadomić straż miejską, policję lub zadzwonić na numer alarmowy i wskazać lokalizację. Służby wiedzą, jak reagować i gdzie kierować osoby potrzebujące pomocy.
Mróz nie wybiera. Nie ocenia, nie pyta o historię życia, nie interesuje się powodami, dla których ktoś znalazł się na ulicy. Działa szybko i bezlitośnie. Dlatego w takie dni solidarność społeczna ma bardzo praktyczny wymiar.
Nie trzeba wiele. Czasem wystarczy chwila uwagi i reakcja. W czasie siarczystych mrozów obojętność może kosztować kogoś życie.






